W rytmie

W takt spokojnej muzyki mojego serca zaczynam tworzyć. Słucham natury swojego istnienia, z którym dawno już nam nie po drodze było. Każde, jak dwoje obcych szło w przeciwną stronę, szarpiąc każdy dzień, chwilę, która jedyna, należeć nie chciała do mnie. Kierunki zmylone wciąż kompas życia wskazywał uparcie na cyferblacie popękane znaki już ich nie odczytam. Muszę poukładać lustra rozbite kawałki, czy jeszcze potrafię, obraz niezniekształcony uzyskać mozolnie po drugiej stronie? Nie wiem, spróbuję powoli w ciszy przerywanej tylko taktu spokojną muzyką, która i w duszy mojej znalazła mieszkanie. Jest ze mną. Noce bezsenne sennymi zastąpi, nadziei wpuści złoty promień o świcie, gdy Ty jeszcze spał będziesz obok swojego świata. Znajdę pogubione perły na piaszczystej plaży i ułożę strof kilka moich myśli wolnych nareszcie.

Jaka jestem?

Jaka jestem o świcie?

Trochę zaspana, trochę szczęśliwa, trochę smutna, pachnąca nocnym ogrodem wypełnionym gwiazd blaskiem, który niesłabnący wciąż mi towarzyszy.

Nieznajoma znajoma wśród pnączy z naszych myśli poplątanych bezdrożnych błądzących w meandrach naszych uczuć pogubionych bezkreśnie.

Jestem i mnie nie ma, przy Tobie inne zjawiska piękne, w zwierciadle szklanego oka uwieczniona ona na witrażu życia, które nie jest moim.

Kiedyś będę szczęśliwa?

Jestem bo jestem strof spisanych rymem, bez rymu śpiewanym w takcie słońca zachodów, gdy jutrzejsze z dzisiejszym wczoraj się spotkało.

Nie wiem, wiem miłego jutro Kochany…

Szkic

Kontury, szkic ledwie nakreślam. Początek? Tło zaledwie złote, słoneczne w oddali majaczy, zachęca do czego? Jeszcze daleko. Oddech w otchłani łapię powietrzem się zachwycam. Niebawem biel zagości, uspokoi przyrodę, uśpi da odpocząć. Kogo zobaczę w przestrzeni, blisko siebie, czy jeszcze będziesz? Gdy się obudzę uśmiechniesz się do mnie znad filiżanki obłoku białego ciepłego nierzeczywistym jesteś, pomachasz do mnie na powitanie. Płatkami róży dzień ze mną pożegnasz zmęczony wędrówką, która nie ma końca. Dwa liście na trawie znajdziesz i uwiecznisz w kliszy kolorowej rudością ozdobisz, złoto jesienne skarby bujne. Spacerem pachnącym porannym jeszcze w snach labiryncie nieodnalezionych, jeszcze się spotkamy, może w kroplach deszczu, który wczoraj odszedł.